ameliaNazywam się Amelia Mroczko. Urodziłam się 6 sierpnia 1924 roku w Białymstoku. Z powodów rodzinnych  od 1930 roku zamieszkałam w Trzciannem u moich kuzynów. Miasteczko było niewielkie  z wąskimi brukowanymi uliczkami. Domy prawie wszystkie były małe i wykonane z drewna. Mieszkały w nich rodziny przeważnie wielodzietne. Z ludnością żydowską spotykałam się na co dzień: na ulicy i w szkole.  Ciotka Paulina codziennie wysyłała mnie do sklepu do Mośka i do piekarni prowadzonej przez Chackiela. Tych piekarni to było kilka, ale najlepsze bułki -chałki i różne gatunki chleba były u Chackiela i jak sobie przypominam u Szwacha.  Czasami w niedzielę po mszy świętej z wujostwem zachodziliśmy do takiej restauracyjki  prowadzonej przez Żydówkę  Peszkę na obiad. Pamiętam też, że w naszym domu bywał aptekarz  Groch i właściciel olejarni  Lejbko. Olej wytwarzano z lnu i konopi. Ten Żyd Lejbko wytwarzał z lnu sznurki i powrozy. Cieszyły się one popularnością w każdym gospodarstwie. W Trzciannem była też wytwórnia lemoniady oraz niewielka hurtownia alkoholi, należąca do ojca mojej przyjaciółki Talby.
Byłam chyba w drugiej klasie tuż przed przystąpieniem do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej, kiedy moja najlepsza koleżanka Talba wykorzystując nieobecność rodziców zaprosiła mnie do swego domu, jak określiła  na "degustację" soków. Spróbowałyśmy  zawartości  kilku buteleczek, jak się później okazało -likierów. Talba została  bardzo surowo ukarana przez swoją matkę,  a do mnie musiano wzywać lekarza, który stwierdził wujostwu, że jestem pijana. Wypominano mi to zdarzenie wiele jeszcze razy,  nawet gdy byłam już dorosła. 
Z dzieciństwa przypominam sobie Żydów jako handlarzy, ale nie tylko jako właścicieli sklepików, ale  takich handlarzy obwoźnych. Ich podstawowym narzędziem pracy był wózek ciągnięty przez konia lub przez mężczyznę. Handlarz przywoził jakieś towary, za które płacono mu jajkami, plonami, słomą zwierzętami itp. Polakom ciężko było założyć własny interes w miasteczku zdominowanym przez Żydów. Zaniżali oni wtedy ceny we własnych sklepach i założony polski sklep nie był w stanie wytrzymać konkurencji. Wydaje się  mi, że do czasów wojny stosunki Polaków i Żydów układały się dobrze. Doszło nawet do jednego małżeństwa Gabrieli Wasilewskiej z młodym Żydem -szewcem, który nazywał się Gorfintiel.  Mężczyzna został nawet podobno ochrzczony.
Wybuch II wojny światowej zmienił życie mieszkańców Trzciannego. Miasteczko znalazło się pod okupacją sowiecką. To głównie ludność żydowska entuzjastycznie witała Rosjan. Pamiętam, że zorganizowano zabawę taneczną i śpiewano Międzynarodówkę. W nowych władzach znalazł się miejscowy aktyw żydowski, który był odpowiedzialny później za zsyłki Polaków  w głąb Rosji. To oni również zajęli się organizacją poboru do rosyjskiego wojska polskiej młodzieży. Pod koniec czerwca 1941 roku, kiedy rozpoczęła się okupacja niemiecka położenie Żydów stało się tragiczne.  Wielokrotnie widziałam masowy wywóz Żydów. Przewożeni oni  byli na wozach. Za każdym kolejnym wozem szło wojsko pilnujące przewożonych. Wozów tych było bardzo dużo, aż trudno było je zliczyć.
W czasie okupacji dość często odwiedzałam swoich krewnych Radzajewskich, którzy mieszkali w Masiach. Jednego razu wujek powiedział że mam zanieść jedzenie dla ukrytego w ziemiance Żyda, który prawdopodobnie uciekł z Trzciannego. Ciotka zazwyczaj przygotowywała  jedzenie trzy razy dziennie, które przynosiła mu w słoiku lub głębokiej misce. Czasami wymienili ze sobą kilka zdań. Uciekinier nie wiedział na jak długo chce zostać w tej ziemiance. W rezultacie przeżył tak ok. miesiąca. Szybko rozeszło się wśród ludzi,  że u tej właśnie rodziny przebywa Żyd. W obawie przed aresztowaniem mój kuzyn poprosił go o odejście. Dalej słuch po nim zaginął.
              O tragicznych wydarzeniach z Trzciannego wiem już tylko z opowiadań, bo ja zamieszkałam w Kuleszach.
Słyszałam, że w czerwcu 1941 r. po zajęciu Trzciannego Niemcy najpierw podpalili zabudowę, a następnie spędzili około tysiąca Żydów do stodół i do żwirowni  we wsi Zubole. Trzymali ich tam przez tydzień bez jedzenia i wody. Następnie rozpoczęły się egzekucje, w których zamordowano ok. 500 osób. Pochowano ich  na miejscu. Słyszałam też, że w wyłapywaniu Żydów z kryjówek, a także w egzekucjach, uczestniczyli Polacy. Po kilku tygodniach zwłoki ekshumowano i pochowano na cmentarzu żydowskim. W międzyczasie Polacy podobno obrabowali i żydowskie domy.
W Trzciannem jesienią 1941 r. utworzono getto, które zlikwidowano rok później. Ludność żydowską wywieziono do obozu  przejściowego w Boguszach, skąd kierowano ich do obozów zagłady.  W sumie ponad 1000 Żydów z Trzciannego wywieziono do obozów w Treblince i Oświęcimiu. Z zagłady ocalało tylko kilkanaście osób. Niektórzy z nich ukrywali się u Polaków, a  po wojnie wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych lub Izraela. Tak zniknęła społeczność żydowska z Trzciannego. Został po nich tylko kirkut.
Gehennę trzciańskich Żydów opisywali już historycy.  Nie wszystko jest jednak jeszcze opisane i nie wszystko odkryte.  Myślę, że nie powinniśmy ukrywać już ciemnych stron naszej historii. To nasz rozrachunek z sumieniami. Są jednak też potwierdzone fakty wielkiej ofiarności przy ukrywaniu Żydów. Na przykład państwo Wasilewscy z Zucielca czy rodzina Kuklo z Nowej Wsi, którzy zdecydowali się  na  bezinteresowną pomoc.
 
Wspomnienia zostały  wysłuchane i spisane przez wnuczkę Amelii Mroczko -Izabelę Mroczko kl. II b w dniach 28-31 października 2016 roku.
 

 

Opublikowano:

Wydrukuj